brad

Twój nowy blog

Wreszcie udało się Jarosławowi wygrać starcie z baronem TVNu Tomaszem Lisem. Oglądałem wczoraj starcie nieobiektywnego dziennikarza, który ze słuchawką w uchu próbował w każdym pytaniu dowalić Kaczyńskiemu co jest zgodne z zasadą obiektywizmu dziennikarskiego. To taka TVNowska oczywistość. PiS musi zostać przedstawiony w negatywnym świetle bo tak rozkazał Michnik i Urban. Straszenie ludzi Prezesem Kaczyńskim na szczęście nie wyszło. Z zadowoleniem przytaczam komentarze i fragmenty za WP: 


"Prezes PiS zapewnił, że jeśli zostanie premierem, jego relacje z Bronisławem Komorowskim będą "formalne", takie, jakie wymagają konstytucja i ustawy. Przypomniał słowa Komorowskiego o wizycie Lecha Kaczyńskiego w Gruzji: "jaka wizyta, taki zamach, no bo z 30 metrów nie trafić w samochód, to trzeba ślepego snajpera". Podkreślił, że te słowa w kontekście słabej ochrony prezydenta i jego śmierci nabierają dodatkowego znaczenia.

Na samym końcu programu dziennikarz zapytał Jarosława Kaczyńskiego, czy zna wszystkie kobiety z billboardu PiS. Polityk odparł, że większość zna i zaczął wyliczać. Wymieniając Ilonę Klejnowską prezes PiS powiedział, że startuje ona z Płocka z czym zgodzić się nie chciał Lis. Twierdził bowiem, że Ilona Klejnowska jest na bydgoskiej liście. Kaczyński chciał się "założyć" z dziennikarzem, ten jednak się nie zgodził. Lis oczywiście nie miał racji – Ilona Klejnocka startuje z Płocka. Tomasz Machała z Polsat Wydarzenia napisał, że Lis się dramatycznie pomylił.

Po tej rozmowie opinie są bezlitosne dla Tomasza Lisa. Na stronie Salon24.pl na "Niezależnym Forum Publicystów" można przeczytać już dowcipy na ten temat: 

"Dzisiaj gościem Jarosława Kaczyńskiego był Tomasz Lis. Zapraszamy za tydzień!". 
"Tomasz Lis dzisiaj nie udawał. Pokazał poziom, który być może zawstydziłby samego Jerzego Urbana. I przegrał na punkty". 
"Tusk do Lisa: Zwalniam Cię!" 
"Kaczka zjadła Lisa" 


"Lis pomylił się nie tylko w zadłużeniu Polski za czasów rządów PiS: nie był to 11% wzrost, a 7% w 2006 i 4% w 2007 r. Funkcjonariusz mediów nie dosłyszał frazy "Panie redaktorze", upominając Kaczyńskiego, że nie jest jeszcze "doktorem". Zarzucił politykowi podwyżkę podatków, po czym się poprawił i zmienił na "obniżkę". Czekał go solidny nokaut ze strony prezesa PiS, "by się wreszcie zdecydował" – czytamy w komentarzach. 

Wielu uważa, że red. Lis totalnie skompromitował się jako dziennikarz i publicysta. "Wystąpił w roli pseudo-Tuska: "Skoro nie chcesz, Jarosławie, debatować z Donaldem, to ja – Tomasz Lis – zniszczę Cię za niego" – napisał internauta. Inny dodał: Lis przegrał. Pseudo-Tusk przegrał. Tym razem Kaczka zjadła Lisa. "

Ciekawe jak będzie w debacie z Tuskiem – czy Lis będzie atakował Donalda"nic nie mogę" Tuska czy też będziemy świadkami lizania sobie nawzajem dupy i poklepywania po plecach, byle tylko pokazać gawiedzi, że wszstko gra i nic złego się nie dzieje.

Przypomina mi się historia z filmu "Nienawiść" o facecie który spadając z wieżowca w locie powtarza "ale na razie nie jest źle".
Gdy czytam opinie i prognozy na temat światowej ekonomii w działach gospodarczych gazet typu Dziennik, Rzeczpospolita Wyborcza i innych to wszyscy się zgadzają że obecna faza kryzysu to jedynie wstępne wstrząsy przed głównym uderzeniem recesji. Niektórzy dają rok inni kilka miesięcy względnej stabilności na rynkach. A potem ma nastąpić krach, jakiego świat jeszcze nie widział, bo wartość pieniądza została tak sztucznie napompowana przez banki oraz ich spekulacje że spowodować to może hiperinflację.

A ja głosuję na Palikota ;P



Właśnie znalazłem artykuł, który prostuje historię. Czytałem o tym kilka lat temu, ale nie mogłem odnaleźć źródła. Teraz wiem, że byliśmy bardzo blisko tego aby nie było Westerplatte, Katynia, Jałty i obu Powstań w Warszawie, a milony ludzi by żyły. Warszawa byłaby piękna i niezniszczona.

Ale my musieliśmy się postawić Hitlerowi. Machać szabelką w imię mylnej linii politycznej Piłsudskiego – "Polska musi trzymać równą odległość od Moskwy i Berlina". 
Taka polityka doprowadziła nasz kraj do zagłady milionów oraz upodlenia na 50 lat tych co przeżyli wojnę.
Szkoda, że tego nie uczą w szkołach. Jedyne co dzieciaki pamiętają to pakt Hitlera i Stalina i 4 rozbiór Polski. Dlaczego podręczniki nic nie mówią o tym, że mogliśmy postąpic jak Węgry, Słowacja czy Rumunia i wejść w sojusz z Hitlerem? Że wszyscy się wtedy bali potęgi ZSRR? Nawet Suworow pisał o tym, że żadne wojska nie mogły się równać militarnie z Rosją Stalina. 

A w sojuszu z Hitlerem być może pokonalibyśmy Rosję i ocalałoby te 70 milionów ludzi wymordowanych w łagrach czystkach i więzieniach przez oprawców z NKWD? 
Może przekonalibyśmy Hitlera że Żydzi z Polski to nasi Żydzi i nie będzie ich gazował? Bylibyśmy przecież z nim w sojuszu jak Włochy, Japonia i Rumunia.

Zapraszam do lektury. Wywraca nasze wyobrażenie o II wojnie do góry nogami. Autorem tekstu poniżej jest Wołoszański.



Może już czas, po wielu dziesięcioleciach, zacząć odkrywać prawdziwy charakter wielkiego wydarzenia, które zmieniło Polskę, Polaków, Europę. Wrzesień 1939 roku tak długo był przedmiotem propagandowej manipulacji, że dzisiaj znamy jego bardzo wypaczony obraz

Ta wojna zaczęła się daleko od Westerplatte i dużo wcześniej. W 1935 roku na wielkim poligonie pod Kijowem, gdzie Armia Czerwona zaprezentowała zachodnim obserwatorom swoje możliwości. Zagraniczni obserwatorzy wojskowi z podziwem patrzyli, jak tysiąc czołgów, które przebyły setki kilometrów, z marszu rozwijało bojowe formacje. Dla brytyjskiego generała Archibalda Wavella, który wiedział, że armia jego kraju dysponuje niewiele ponad trzystu czołgami, widok takiej masy pojazdów pancernych zgromadzonych na jednym poligonie był szokiem. A siła pancernej pięści zademonstrowana na wstępie ćwiczeń była tylko przygrywką do pokazów, które olśniły i przeraziły zagranicznych obserwatorów. 

Zadziwieni patrzyli na wielkie samoloty TB-3, z których wyskakiwały setki spadochroniarzy. W żadnym państwie świata nie myślano nawet o wojskach powietrznodesantowych, a pokazy pod Kijowem dowodziły, że w Związku Radzieckim są ich całe dywizje. Na łące lądowały duże samoloty transportowe, z których wyjeżdżały tankietki, samochody opancerzone i działa. Na oczach obserwatorów formował się oddział uderzeniowy, dysponujący artylerią i bronią pancerną. Był jak taran zdolny skruszyć obronę wroga, który nie mógł w tak krótkim czasie przygotować się do odparcia niespodziewanego ataku przeprowadzonego głęboko na tyłach frontu

Dla oficerów z Zachodu wniosek był jeden: Armia Czerwona wkrótce będzie gotowa ruszyć na Zachód, a żadne z państw demokratycznych nie znajdzie dość siły, aby ją zwyciężyć. Tym bardziej że uruchomienie masowych zbrojeń, nadzwyczaj trudne w zachodnich demokracjach, wymagało czasu i mogło tylko sprowokować Stalina do wcześniejszej agresji. 

A kto mógłby zatrzymać ten radziecki walec, gdy ruszy na Zachód? Oczy polityków zwróciły się na… Hitlera. Tylko Niemcy mogli stawić czoła radzieckiej potędze, zanim ta dotarłaby do Paryża. Oczywiście, pod warunkiem, że dostaliby szansę budowy wielkiej i silnej armii. I tak w roku 1935, gdy Armia Czerwona przestraszyła europejskich polityków i wojskowych, Zachód przymknął oczy na łamanie przez Niemcy ograniczeń zbrojeń, jakie narzucono temu państwu po pierwszej wojnie światowej. Wehrmacht, który w tym roku zajął miejsce nielicznej Reichswehry, uzyskał nieograniczone możliwości stania się największą siłą Europy. A Hitler doskonale wiedział, że może sobie pozwolić na wiele więcej. 

Prezenty dla Herr Hitlera 

Pochód na Zachód nie odbywałby się na wąskim odcinku frontu. Wielka Armia Czerwona z tysiącami czołgów rozlałaby się na setki kilometrów i przewaliła nie tylko przez Polskę, ale również przez Czechosłowację i Austrię. Wehrmacht, widziany już jako obrońca zachodniej cywilizacji, musiał mieć przestrzeń do działania. 

Ta świadomość zbiegała się z ogromną niechęcią, jaką rząd brytyjski darzył Czechów. Premier Neville Chamberlain nazywał ich "ludźmi z dolnej półki". Czesi nie pozostawali dłużni, czego dowodem była rozmowa telefoniczna, jaką z prezydentem Edwardem Beneszem przeprowadził Jan Masaryk, ambasador czeski w Londynie: – Ten złośliwy, stary.. (tu padło wyjątkowo obelżywe i niesmaczne określenie pod adresem Chamberlaina) stęsknił się za lizaniem dupy Adolfa – powiedział Masaryk. Już nawet wystawił język! – To wepchnij mu go z powrotem – poradził prezydent. – Postaraj się przywrócić mu zmysły. – Ta stara bestia postradała już zmysły, z wyjątkiem węchu, którym wyczuwa nazistowskie gówno i kręci się dookoła tego. 

Chamberlain dowiedział się, co o nim sądzą czescy politycy, gdyż ich rozmowa została nagrana przez wywiad niemiecki i przekazana brytyjskiemu premierowi. Nie należy jednak sądzić, że miało to jakikolwiek wpływ na dalsze decyzje rządu brytyjskiego. Postanowienia konferencji w Monachium, gdy bez udziału Czechów zadecydowano o przekazaniu Niemcom części ich ziem, miały dać Wehrmachtowi dobre pozycje obronne przed nadchodzącą od wschodu Armią Czerwoną. Wszystko dla zapewnienia bezpieczeństwa i uchronienia zachodniej cywilizacji przed bolszewickimi hordami. Pozostawał problem Polski. 


Pan minister tańczy 

Adolf Hitler, po obejrzeniu 10 października 1938 r. potężnych umocnień w pobliżu miasteczka Ceske Velenice, które tak hojnie przyznano Niemcom w Monachium, wygłosił przemówienie. Atakował Anglików ("Słabi, dekadenccy, prowadzeni przez zdegenerowaną arystokrację") i Francuzów ("Łacińskie kundle i wazeliniarze"). Nagle wspomniał o Polakach: – Podziwiam Polaków. Nie dają się zastraszyć. Mogę być przyjacielem Polaków i powiadomię mojego dobrego przyjaciela Lipskiego (mówił o polskim ambasadorze w Berlinie), że może na mnie liczyć! 

Kłamał? Nie. Wskazywał, w jaką stronę zamierza prowadzić swą politykę, w której Polska odgrywała bardzo istotną rolę. Uważał, że może dogadać się z naszym rządem. Dwa tygodnie później, 24 października 1938 roku, do Berchtesgaden przyjechał ambasador Józef Lipski. W pobliżu tego alpejskiego miasteczka miał swą oficjalną rezydencję Adolf Hitler, a to wskazywało, że wizyta polskiego ambasadora ma znaczenie szczególne. 

Wieczorem Lipski spotkał się w restauracji hotelu Grand z Joachimem von Ribbentropem, ministrem spraw zagranicznych Niemiec. – Nadszedł czas osiągnięcia porozumienia we wszystkich możliwych sprawach, które powodują rozdźwięki między Niemcami i Polską – zaczął rozmowę Ribbentrop. Potem przedstawił propozycję: Polska odda Gdańsk oraz wyrazi zgodę na wybudowanie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej, które połączyłyby Rzeszę z Prusami Wschodnimi. To nie było żądanie, lecz propozycja ugody. Oferował, że w zamian Niemcy udostępnią Polsce podobną trasę drogową i kolejową biegnące przez Gdańsk, wolny port w tym mieście i rynek zbytu na polskie produkty. 

Gdyby zatrzymać się na tym etapie propozycji Ribbentropa, można byłoby odnieść wrażenie, że była to szczera oferta. Jednakże Ribbentrop posunął się dalej, wskazując, że Polska powinna dołączyć do paktu antykominternowskiego, czyli proponował Polsce sojusz z Niemcami, Włochami i Japonią przeciwko Związkowi Radzieckiemu! A to stawiało nasz kraj w równym rzędzie z mocarstwami ówczesnego świata. 

Czy Polska mogła zawrzeć sojusz z Niemcami? Dzisiaj odpowiemy: "nie", gdyż stalibyśmy się współwinni późniejszych masowych zbrodni nazizmu. Ale czy Włochom, Węgrom, Finom, Rumunom, Bułgarom i innym sojusznikom Niemiec ktokolwiek zarzuca udział w ludobójstwie? Na szczęście nasz minister spraw zagranicznych Józef Beck nie musiał rzucać się w ramiona Joachima von Ribbentropa. Wystarczałoby, żeby wykorzystał ugodowe nastawienie Hitlera i szachował naszych wrogów (Związek Radziecki) i sojuszników (Francję i Wielką Brytanię) możliwością zawarcia paktu z Niemcami. W ten sposób mógłby wymusić na nich postępowanie korzystne dla Polski. Tym bardziej że dwa dni później Theo Kordt, pierwszy sekretarz ambasady niemieckiej w Londynie, a prywatnie członek opozycji antyhitlerowskiej, spotkał się z sir Robertem Vansittartem, głównym doradcą dyplomatycznym rządu brytyjskiego, i poinformował go o przebiegu rozmowy w Berchtesgaden. 

Anglicy przestraszyli się nie na żarty. I zaczęli Polakom obiecywać gruszki na wierzbie, byleby trzymali się z daleka od Hitlera. Problem w tym, że minister Beck w te obietnice uwierzył. Zamiast rozgrywać niemiecką kartę, zamiast robić wszystko, aby storpedować możliwość zbliżenia Niemiec ze Związkiem Radzieckim, zaufał angielskim gwarancjom. Uwierzył, że Anglicy, choć mieli słabą i nieliczną armię i jeszcze słabsze lotnictwo, wyślą je do walki o Gdańsk, choć nie istniały żadne możliwości przerzucenia nawet tych słabych wojsk. 

Minister wierzył, że Francuzi, którzy wydawali miliardy na budowę bunkrów Linii Maginota, nie będą tam kryć swoich żołnierzy, ale wyślą ich, aby ginęli w walkach na granicy Niemiec. W ostatniej chwili, gdy w marcu 1939 roku premier Chamberlain, niespodziewanie, bez konsultacji z parlamentem, udzielił Polsce gwarancji nienaruszalności granic, nie dostrzegł w tym podstępu, chęci usztywnienia polskiej polityki wobec Niemiec i storpedowania jakichkolwiek prób dogadania się z Niemcami. Działał tak jak tego sobie życzył premier Chamberlain. Minister potrząsał pięścią, krzyczał, że nie oddamy ani guzika. 

– Zrozumiałem, że jeżeli uderzę na Zachód, Polacy, wypełniając swe zobowiązania sojusznicze, zaatakują nas – mówił Hitler do swych oficerów na tajnej konferencji w Berchtesgaden 22 sierpnia 1939 roku. – Dlatego zdecydowałem się rozpocząć wojnę z Polską. Polskie wojska wypełniły sojusznicze zobowiązania co do joty. Do początków października 1939 roku toczyły bohaterską, krwawą walkę w obronie ojczyzny. To politycy nie uchronili naszego kraju przed wyniszczeniem, tak wielkim, że jego skutki odczuwamy do dzisiaj. Zwłaszcza w polityce. 

Bogusław Wołoszański

Przyszli pomierzyli  i narysują projekt kuchni. Za darmo. Fajnie.
S. kupi emporio armaniego i będę zajebiście pachniał.
Zalegam z PITEM oraz pracą licencjacką.
Spodobało mi się nosidełko tylko Mała jakoś nisko jest umiejscowiona z ustami na wysokości mojej pachy. Jeszcze muszę za nie zapłacić.
Wreszcie doczekałem partnerki która kupiła mi zajebistą koszulkę z logo Gunsów (sama z siebie) oraz nie ma nic przeciwko kupnie skutera.
Idzie wiosna i postrzelam z wiatróweczki!
Dwóch starych kumpli poszło na terapię AA i traktują to poważnie. I to bez mojej pomocy :)
Ciekawie jest spotkać kogoś w ośrodku i zacząć z nim gadać normalnie.
Z kimś kto uchodził w moich oczach za ostatnią osobę która mogłaby kiedykolwiek przestać pić. Która w swoim cyniżmie biła wszystkich na głowę. Brawo Andrzej!  Dnem była nerwica córki i wyprowadzka żony.
Chcę przeczytać "Buszującego w zbożu".
Jestem w zarządzie wspólnoty jako jedna z sześciu osób i będę działał społecznie.
Może ogrodzimy osiedle i pozbędziemy się pijanych dresów spod śmietnika drących mordę do 2 w nocy.
Polecam nową płytę REM, a zwłaszcza kawałek UBERLIN.
Na razie tyle.

Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie skurwysynem"

 

Uzależnienie od władzy i dopalacze.
Panie prezydencie,
panie premierze – wiem, że jesteście teraz zajęci heroiczną walką z
handlarzami śmiercią, ale jako zwykły obywatel czuję się w obowiązku
zauważyć, że ze wszystkich uzależnień najgroźniejsze jest uzależnienie
od władzy. Wasze już teraz wydaje się w najwyższym stopniu niepokojące
- pisze Piotr Czerski w felietonie dla Wirtualnej Polski komentując
działania rządu wobec problemu dopalaczy. Według autora problem ten
rozpoznano już dwa lata temu, a teraz nagle został wyciągnięty niczym
królik z kapelusza i zamieniony w krwiożercze monstrum, tymczasem
alkohol i wyroby tytoniowe przyczyniają się do o wiele większych
nieszczęść.

Krasomówczy talent prezydenta Komorowskiego znany
jest wprawdzie powszechnie i od dawna, ale – przyznaję z pewnym
zawstydzeniem – umykał mi dotąd fakt dysponowania przez głowę państwa
umiejętnością poetyckiej kondensacji. Doznałem więc prawdziwego
olśnienia słysząc odpowiedź prezydenta na pytanie o działania rządu w
sprawie dopalaczy. – Byłoby źle – powiedział mianowicie Bronisław Komorowski – gdyby nadal triumfowali handlarze śmiercią i nieszczęściem.

"Triumf handlarzy śmiercią i nieszczęściem"! Fantastyczne. Doprawdy:
nie pamiętam, czy słyszałem równie mocną frazę od czasu wydania przez
zespół Coma albumu zatytułowanego "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii
świętych znaków". Raz jeszcze – bo naprawdę warto: "byłoby źle, gdyby
nadal triumfowali handlarze śmiercią i nieszczęściem". Piękne, naprawdę
piękne to słowa, a przy tym aż do brawury odważne – zwłaszcza w ustach
najwyższego reprezentanta organizacji zarabiającej rocznie ponad
piętnaście miliardów złotych na akcyzie od wyrobów tytoniowych (choroby
tytoniozależne każdego roku pochłaniają w naszym kraju kilkadziesiąt
tysięcy ofiar) i ponad dziesięć miliardów na akcyzie od alkoholu
(rozlewającego się po Polsce w całe bezmierne morze ludzkiego
nieszczęścia).

Tak:
nie byłoby dobrze, gdyby handlarze śmiercią i nieszczęściem
zatriumfowali – i nic dziwnego, że w obliczu tak przerażającej
perspektywy premier Donald Tusk z sejmowej trybuny zapowiada
prowadzącemu legalny interes biznesmenowi, że "będzie siedział, na
100%" swoich urzędników poucza, że "w tej kwestii nie można się
troszczyć o bezwzględne przestrzeganie prawa, a trzeba zrobić wszystko,
żeby wyeliminować to zagrożenie, działając czasami na granicy prawa", a
potem jednym zamaszystym gestem wysyła na front pięciotysięczną armię
policjantów i inspektorów sanitarnych. Panie premierze – a komandosi?
Desant z powietrza naprawdę świetnie wygląda w TV!

Byłoby źle, bardzo źle,
gdybyśmy dopuścili do triumfu handlarzy śmiercią – i całe szczęście, że
wszyscy mają tego świadomość. Senator Władysław Sidorowicz,
przewodniczący senackiej komisji zdrowia, która w środę analizowała
rządową nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, tłumaczył bez
ogródek: "opinia naszych prawników jest negatywna, ale sprawa jest
ważna społecznie, a premier oczekuje, że ustawę uchwalimy bez
poprawek". Oto właściwa postawa! Obawiałem się przez moment, że senacka
komisja może poczuć się nieco skrępowana świadomością roli izby wyższej
parlamentu – na szczęście w sytuacji bezpośredniego zagrożenia narodu
senatorzy dowiedli swojego oddania sprawie i premierowi, odrzucając
jednogłośnie wszystkie uwagi prawników Biura Legislacyjnego Senatu.
Niektóre zanim jeszcze zostały wygłoszone. Vivat senatores!

Byłoby naprawdę fatalnie, gdyby… Wystarczy. Mógłbym silić
się na podśmiechujki, ale byłby to śmiech sztuczny i wysilony. Nie
pamiętam bowiem, kiedy po raz ostatni czułem się jednocześnie tak
głęboko zażenowany działaniami najwyższych władz naszego państwa i tak
realnie zaniepokojony formą, w jakiej są one realizowane. Nikt nie dba
już nawet o pozory: istniejący od dwóch lat, doskonale rozpoznany
problem wyciągany jest nagle jak królik z kapelusza – i ogłaszany nie
królikiem, ale krwiożerczym monstrum; formalnie niezależnym urzędnikom
państwowym premier wydaje polecenia jak chłopcom na posyłki,
jednocześnie wygrażając z trybuny sejmowej jakiemuś
dwudziestoparolatkowi, a wyprodukowana na kolanie prawna bzdura (która
w przyszłości niemal na pewno będzie nasz kosztować miliony wydane na
odszkodowania) przyjmowana jest prawie jednogłośnie przez sejm i
przepychana przez senat w sposób jawnie ośmieszający tę instytucję.

Sierpniowa telewizyjna transmisja z rugania przez premiera szefów
funduszy emerytalnych mogła być sygnałem zbyt subtelnym, ale styl
obecnej rozgrywki z producentami dopalaczy nie pozostawia wątpliwości
skąd PR-owcy rządu czerpią inspiracje. W następnym odcinku zobaczymy
zapewne gabinet z obfitymi złoceniami, w którym jakiś minister będzie
zdawał premierowi żołnierskie w formie sprawozdanie z wykonania
zadania. A w kolejnym – telekonferencję na żywo z narodem, którego
starannie wybrani reprezentanci wyrecytują równie starannie
przygotowane pytania. I na każde znajdzie się jakaś krzepiąca
odpowiedź. I poczujemy, że żyje się lepiej.

Panie prezydencie, panie premierze – wiem, że jesteście teraz
zajęci heroiczną walką z handlarzami śmiercią, ale jako zwykły obywatel
czuję się w obowiązku zauważyć, że ze wszystkich uzależnień
najgroźniejsze jest uzależnienie od władzy. Wasze już teraz wydaje się
w najwyższym stopniu niepokojące.

Piotr Czerski specjalnie dla Wirtualnej Polski

Moja cudowna córeczka 10 października powiedziała tata! A trzy dni później powiedziała, a raczej krzyknęła mama! Mówi jeszcze baba taba i dada – ale się cieszę z tego! Szkoda tylko że słyszałem to przez telefon, bo żonka z Małą pojechała do innego miasta załatwiać papiery urzędowe a ja wróciłem po prawie pół roku do pracy….

Przestańcie się podniecać wyimaginowanym

konfliktem Tuska z Palikotem. Wszystko jest grubymi nićmi szyte…

PO zapewne wygra kolejne wybory (bo Polacy dalej udawać będą, że jest fajnie), lecz nie będzie mieć większości. PSL się nie liczy – z SLD zawierać koalicję to jednak wstyd, więc Palikot za wiedzą swojego guru Tuska organizuje „nową” partię, która nie dość, że utworzy nową koalicję z PO, to jeszcze przejmie jakąś część SLD. Oczywiście Palikot jako „niezależny” zostanie wicepremierem, lud będzie szczęśliwy, co jakiś czas nowe igrzyska jako temat zastępczy – a po paru latach jak zacznie braknąć żarcia w garze to znowu będzie winny PIS i Kaczyński.

- by allen.

 

No ciekawy komentarz – jestem pewien że tak właśnie będzie. Bo PO straci dużo wyborców jeśli wejdzie w koalicję z SLD. Prędzej widzę koalicję PISu i SLD. Oba ugrupowania mają podobny pogląd na gospodarkę i socjal, różnią się jedynie interpretacją historii i stosunkiem do komuny.

A poza tym teraz przychodzi czas na zapoznanie się z twórczością Kaliber 44 i Paktofoniki.

I na pisanie pracy licencjackiej…

Oficjalny język wielu meldunków, raportów i notatek stróżów prawa nie zmienił się od epoki głębokiego PRL-u.

„Patrolując ulicę ze starszym sierżantem X, poczułem gwałtowną potrzebę oddania moczu, który oddawszy, ujrzałem wyłaniającego się zza wzgórza figuranta podejrzewanego o czyn z art. 286 KK” – w ten sposób starszy posterunkowy Paweł K. z Łodzi kilka lat temu pisemnie relacjonował zatrzymanie obywatela, którego uznał za poszukiwanego przestępcę. Po kilku godzinach okazało się, że sprawa jest pomyłką, a zatrzymany człowiek nie miał nic wspólnego z poszukiwanym przestępcą. Dlaczego więc wzbudził podejrzenia u funkcjonariusza? Wyjaśnia to dalsza część notatki. „Wybiegając z krzaków, zauważyłem, że figurant krzyknąwszy, zaczął oddalać się na mój widok”. Niefortunnie zatrzymany człowiek został zwolniony do domu, a sprawa zakończyła się. Tyle tylko, że jej akta wyglądałyby znacznie bardziej poważnie, gdyby obaj patrolowi sprawę opisali zwięźle i merytorycznie, używając potocznie zrozumiałych słów.

Towar zwany jedzeniem


Ranga opisywanego zdarzenia i względnie mało dotkliwe skutki dla zatrzymanego pozwalają potraktować całą notatkę humorystycznie. Tyle tylko, że obywatelom nie zawsze jest do śmiechu, gdy tym samym językiem pisane są notatki w sprawach dotyczących poważnych przestępstw. Potwierdza to przykład mazowieckiego biznesmena, któremu w 2003 roku uprowadzono dla okupu syna (chłopca uwolnili później policjanci z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw). Zdarzenie miało miejsce w małej miejscowości w województwie mazowieckim. Doszło do niego, gdy młody człowiek spacerował pod sklepem, w którym jego ojciec robił drobne zakupy.

Biznesmen natychmiast zgłosił się na policję. Zawiadomienie przyjął od niego gruby sierżant, w wieku ponad 50 lat, który cały protokół spisywał na maszynie. I poprawiał zeznania biznesmena, przekładając je na język policyjny. – Udałem się do obiektu gastronomicznego w postaci sklepu celem dokonania zakupu towaru konsumpcyjnego zwanego jedzeniem – od takiego zdania zaczął się opis zdarzenia. Później było jeszcze lepiej: – Posłyszałem brzęk tłuczonej szyby, a następnie dźwięk, który zidentyfikowałem jako odgłos syna. Protokół rozpoczyna akta śledztwa w tej sprawie. Później jest notatka do przełożonego, w której policjant kryminalny proponuje „zacząć od ustalenia potencjalnych sprawców”, a obok widnieje podpis naczelnika „akceptuję”, który jednak został złożony do góry nogami.

Jak u Barei

Policyjne akta roją się od humorystycznym notatek pisanych językiem znanym z czasów komedii Stanisława Barei. „Zauważywszy nas, wskazany figurant kazał nam spier…, co niezwłocznie uczyniliśmy” – napisał warszawski posterunkowy w notatce wyjaśniającej powody odstąpienia od interwencji. Od legitymowanego czuć było silną woń alkoholu, która jednak nie roztaczała się wokół – to z kolei fragment notatki z legitymowania obywatela. Inny fragment, tym razem z warszawskiej Pragi: Poszkodowany twierdzi, że ran doznał wskutek uderzenia torebką w twarz zadanego przez kobietę, którą uprzednio zamierzał zgwałcić, a która okazała się instruktorką karate.

 

Trzeba jednak przyznać, że język notatek potrafi czasem oddać brutalną rzeczywistość lepiej niż jakiekolwiek wyjaśnienia. „Na trawniku leżał jak zwykle obok ławki znany mi Zygmunt J. Wymienionego obywatela nie legitymowałem, gdyż znam go osobiście, a i tak wymieniony obywatel nie nosi przy sobie dowodu osobistego, więc legitymowanie nie miałoby najmniejszego celu. Podany mu probierz trzeźwości nie zmienił koloru warstwy wskaźnikowej, ponieważ Zygmunt J. nie był w stanie nadmuchać w probierz”. Inny przykład: „Z przeprowadzonego starannie wywiadu środowiskowego wynikło bezsprzecznie, że Andrzej K. nie mógł dokonać włamania, gdyż w czasie, gdy ono się wydarzyło spał pijany w krzakach przy Rynku, a poza tym we wspomnianym tygodniu najprawdopodobniej niczego nie ukradł”. Bywają jednak bardziej literackie sformułowania. „Była piękna, ciepła, listopadowa noc. Koła radiowozu leniwie toczyły się ulicami Ursynowa, mijając kolejne skrzyżowania.. Około godziny 23. funkcjonariusze zauważyli dwóch podejrzanych mężczyzn kręcących się przy nowoczesnym samochodzie. Doświadczony aspirant A. natychmiast rozpoznał w nich poszukiwanych złodziei. Praworządni policjanci natychmiast przystąpili do zatrzymania, które dzięki ich odwadze już po chwili zakończyło się pełnym sukcesem” – w ten sposób jeden z raportów opisywał zatrzymanie złodziei samochodowych na stołecznym Ursynowie.


W czasach stanu wojennego, powodem drwin i kawałów o milicji stała się notatka, którą opublikowało podziemne wydawnictwo. Czytamy w niej: „W dniu 17 kwietnia 1980 roku z polecenia oficera dyżurnego udałem się na ulice Partyzantów, gdzie nietrzeźwy Jarosław R. oddawał prywatnie mocz i inne ekskrementy fizjologiczne, co czynił w biały dzień publicznie pod oknami budynku Komitetu Miejskiego PZPR. Wezwałem go, by natychmiast zaprzestał tych czynności, lecz na moje wezwanie Jarosław R., zareagował negatywnie, a wręcz czynności swoje nasilił”. Inny początkujący milicjant z Gdańska tak opisał interwencję z 1986 roku: „Za odstąpienie od czynności służbowych podejrzana o nielegalny wyrób spirytusu Genowefa T. zaproponowała mi do wyboru: pełne wiadro wysoko procentowego bimbru albo stosunek z jej osobą, przy czym ja w tym dniu na stosunek z jej osoba nie maiłem większej ochoty”. Język ten nie zmienił się do dziś. Przykładem może być raport wyjaśniający przyczyny wycofania zawiadomienia o przestępstwie. Czytamy w nim: „Obywatel wycofał dziś swe zawiadomienie o zuchwałej kradzieży swojej sztucznej szczeki bowiem babka klozetowa, czyli pisuardessa w restauracji K. znalazła sztuczną szczękę wyżej wymienionego w ubikacji, która Franciszek R. przez własna nieuwagę wyrzygał w dniu wczorajszym wraz z obiadem, przekąską i pól litrem wódki żołądkowej gorzkiej”.

„Manie” i „niemanie”

Najczęstszym błędem językowym popełnianym przez policjantów jest tzw. „niemanie”. Co to jest? Wyjaśnienie znajdziemy w jednej z notatek. „Przybywszy na miejsce, ukarałem kierującego mandatem za niemanie dowodu rejestracyjnego”. „Niemanie” jest od wielu lat stałym powodem wymierzania mandatów. Głównie za sprawą drogówki, która karze „niemanie włączonych świateł” i „niemanie zapiętych pasów”. Drugim, częstym powodem kar jest „manie” – głównie „manie za dużo pasażerów w samochodzie” lub „manie antyradaru”. – Mentalność policjantów z drogówki nie zmieniła się od lat 50. – mówi Marek Surmacz – były wiceminister spraw wewnętrznych. – Widać to także po używanym przez nich języku. Zdaniem Surmacza, niezrozumiała jest tendencja polegająca na zastępowaniu potocznie używanych słów pseudourzędowymi sformułowaniami. „Zamiast

»oddalił się z miejsca spowodowania kolizji« wystarczyłoby po prostu napisać »uciekł z miejsca wypadku«”.

Wystarczy matura

Zapytaliśmy Komendę Główną Policji o warunki stawiane kandydatom do pracy w zakresie wykształcenia. Z przysłanej nam odpowiedzi wynika, że kandydat do służby musi legitymować się co najmniej średnim wykształceniem. Warunek ten nie określa jednak minimalnych ocen uzyskanych z poszczególnych przedmiotów. Na pracę w policji ma więc taką samą szansę maturzysta, który z języka polskiego otrzymał ocenę mierną, jak i taki, który otrzymał celującą. Co ciekawe: z każdym rokiem policja w Polsce inwestuje w kształcenie swoich kadr (m.in. w naukę języków obcych) ale nie zadbała o kursy języka polskiego. Mamy więc do czynienia z sytuacją paradoksalną. Pieniądze podatników inwestowane są w nauczanie języków obcych ludzi, którzy powinni najpierw opanować język własny.

Problemy z notatkami

Kłopot w tym, że wspomniane notatki załączane są czasem do akt prokuratorskich i sądowych. – Nieporadność językowa nie umniejsza wartości dowodowej takiej notatki – mówi radca prawny Bartłomiej Kachniarz. – Często jednak sąd musi się zastanawiać i tracić czas na rozstrzyganie tego, co autor notatki chciał naprawdę wyrazić przez treść tego, co napisał. Z kolei adwokat Wojciech Domański specjalizujący się w sprawach karnych pamięta przypadki, że sądy w ogóle nie chciały dopuszczać takich notatek jako dowodów. – Były one pisane takim językiem, że nawet sędziowie mający wieloletnie doświadczenie w orzekaniu w skomplikowanych sprawach nie byli w stanie zrozumieć o co chodziło – mówi Domański. – Wzywano więc na świadków autorów tych notatek, a ci niczego nie pamiętali i próbowali swoją wiedzę odtwarzać z notatek, które także dla nich przestawały być zrozumiałe.

Jak zaznacza Domański, sądy nie powinny traktować notatek jako dowodów, lecz powinny stan faktyczny odtworzyć z zeznań świadków. Czyżby więc policyjne notatki powoli stawały się przeżytkiem?

 

***

Mam córeczkę zdrową i śliczną, uśmiechniętą i szczęśliwą!!! Huraa!!! Bardzo się cieszę, że wszystko się zakończyło pozytywnie mimo komplikacji szpitalnych i pracowniczych…
Cieszę się z bycia tatą i że daję sobie radę !!!
Myślałem że będzie strasznie – a jest po prostu inaczej. Myslałem że na nic czasu nie będę miał – a mam go chyba więcej niż miałem.
Obawiałem się opieki nad dzieckiem – czy dam radę zabawiać Maleństwo? Daję radę!

I nie dociera do mnie że Ty i każdy inny człowiek na Ziemi też był takim słodkim Maluszkiem i ktoś się nim opiekował, przewijał i karmił… tyle milonów wieloletnich procesów pedagogicznych …

***

Właśnie zobaczyłem na Demotywatorach(prorocy), że w lipcu będzie żałoba narodowa a we wrześniu dowiemy się o śmierci kogoś znanego i cenionego. Zazwyczaj z dużego dystansu podchodzę do tego typu rewelacji, ale to akurat przykuło moją uwagę. Dziwne jest to, że wpis jest z piątego stycznia tego roku w którym jakaś osoba pisze że miała sen proroczy m.in. o kwietniowej tragedii. Ciekawe. Piszę o tym żeby nie zapomnieć i zobaczyć czy to się spełni…

***

Mam nadzieję że ci z moich znajomych którzy psioczyli na Lecha i nabijali się z jego małżonki udławią się tymi słowami… W obliczu tragedii. Nie mogę też sobie wybaczyć że zostałem zmanipulowany i przekabacony żeby głosować w poprzednich wyborach za Tuskiem. CHW we dupę za to. Mam też swoje podejrzenia co do przyczyn tragedii w Smoleńsku:
1. W wielkiej polityce nic nie dzieje się przypadkowo.
2. Wojskowe służby wywiadowcze naszego lub obcego państwa maja środki  i możliwości żeby zmienić bieg historii. A tym bardziej aby zmylić albo uszkodzić urządzenie do określania wysokości w samolocie. Samoloty rządowe na Okęciu pilnowane są przez prywatna firmę ochroniarską, której pracownika możnaby łatwo pozyskać do współpracy za pomocą pieniędzy, szantażu lub dezorientacji. Widać to z podjazdu na nowy terminal jak na dłoni.
3. Komu Lech sprzeciwiał się i wchodził w interesy? Tuskowi i PO, Rosji, Niemcom, Michnikowi, Wojskowym Służbom Informacyjnym. Czy ktokolwiek zadarł z takimi siłami wcześniej? Litwinienko. Popiełuszko. Jan Paweł II. Suworow. Sikorski. Gudzowaty. Juszczenko.

***

Jakie państwo możemy zbudować gdy lansuje się pogląd "Zapomnij o tym co było! Przyszłość jest najważniejsza! Nie rozliczajmy niczego!"
Wydaje mi się że jeśli nie będziemy pamiętać o historii Polski to zemści się to tym, że może się powtórzyć.
Przecież ludzie nie wiedzą ile dziesiątek tysięcy Polaków zginęło po zakończeniu II wojny światowej w wyniku walk bratobójczych między komunistami a partyzantką niepodległościową?
Dlaczego Niemcy się rozliczyli, Czesi się rozliczyli, ujawnili archiwa bezpieki i … nie zniszczyli swojego wywiadu, nie było fali procesów i samobójstw nie zawalił się świat…
Komuś zależy na tym żeby cały czas archiwa były niedostępne ludziom. Sam piszę pracę naukową i aby dostać się do akt IPN’u musiałem wypełnić podania przynieść zaświadczenia z uczelni z pieczątkami i podpisami i zgodzić się na weryfikację zgodności materiałów z tematem pracy.
Dla mnie była to czasochłonna i upokarzająca procedura. Piszę przecież o wydarzeniach z 1947 roku!

***

 

Dzięki że się odezwałeś. Jakiś czas temu odnalazłem jeden z naszych listów-konwersacji które pisalismy
na lekcjach w liceum. Jak chcesz to Ci podeślę zdjęcie. Jest o emocjach i postrzeganiu świata. Kurczę
Radek -  ty masz inteligencję emocjonalną na poziomie bardzo wysokim :D ….
Co u mnie – właśnie piszę pracę licencjacką na temat walki z UPA w Bieszczadach w 1947 r. Krążę miedzy
sławetnym IPN i bibliotekami. I psioczę na naszą polską mokro-zimną pogodę. Zazdroszczę Ci "That
California Sun" oj zazdroszczę. Bo ja na codzień widzę szarą Polskę w szarej aurze.
Studiuję prywatnie Administrację i zamierzam iść na jesieni na studia magisterskie tylko dla kasy – w
mojej pracy jest to warunek awansu i podwyżki. I dopiero w 30 roku życia zauważyłem że nie liczą się
kwalifikacje tylko umiejętności zarządzania i umiejętność włażenia w dupę szefom.
Ps. z tego co pamiętam miałeś dziewczynę i nie wiem jak teraz jest u Ciebie? Jesteś żonaty?  
Ja spotkałem dziewczynę swojego życia i z premedytacją się nie zabezpieczaliśmy stosując tzw watykańską
ruletkę – opieraliśmy naszą antykoncepcję na arytmetyce no i urodzi mi się córeczka za miesiąc :D
Nasza wredna matematyczka miałaby satysfakcję….
Wiesz że nawet po 13 latach od niewidzenia się z nią czuję odrazę na myśl o niej i jej staropanieńskim
zachowywaniu się…
A za jej krzywdzące i obraźliwe docinki chętnie bym jej teraz odpłacił . Pewnie nie znalazła faceta i
obgryza paznokcie w samotnym szaleństwie 45-letniej niechcianej rudej zołzy :) Zemsta byłaby słodka!!!!
Co u mnie jeszcze?
Mieszkam w 2M które odziedziczyłem po ŚP dziadku na Pradze Północ z moja Wybranką więc nie musimy się
martwić o jakieś kredyty czy wynajmy. Bo z tym jest teraz tragedia w Wawie.
Wspominam sobie czasem piosenki Bodzia na gitarze – "ci którzy Jahwe ufają – są jak góra Syyyyyjon" i
nawet za nimi tęsknię, wiesz? Trochę mi brakuje tych klimatów licealnych, tej świeżości i poznawania
świata. Mam wrażenie że wtedy wszystko wydarzało się po raz pierwszy, było takie niepowtarzalne i
ekscytujące! A jeśli sobie idealizuję?
Nie utrzymuję żadnych kontaktów z nikim z naszej klasy, poza życzeniami na Boże Narodzenie na Naszej K.
Gram na gitarze amatorsko – nie mogę znaleźć ludzi którzy chcieliby grać bluesa i rocka tak jak ja.

Teraz jest modny jakiś styl zwany Indie Rock. Nie rozumiem go.
Tak samo jak nie rozumiem dzisiejszej mody – a pracując na Okęciu codziennie widzę młodzież. Wszyscy oni chodzą
w szalikach bez względu na porę i w kaloszach(sic!). Wiesz, że nawet w klasie biznes garniturowcy z
zegarkami ze złota noszą do marynarki… szalik.
Palę papierochy nadal.
Ps. Pisałem Ci kiedyś SMSa z gratulacjami że wraz z Ojcem założyłeś sprawę Kwachowi o wysłanie wojsk do
Iraku. Przeczytałem o tym w wyborczej. Bardzo mi się to spodobało i byłem miło zaskoczony bo pamietam
że SLD było Twoją ulubioną partią którą swego czasu bezkrytycznie popierałeś. Moje sympatie polityczne
są chwiejne – gdyby była partia lewicowa z prawdziwego zdarzenia w RP – wiesz prawa gejów, lekkie
dragi, pacyfizm, ekologia, kultura, socjal -  to bym ją popierał w 100 %.
A my co mamy? SLD które jest zbieraniną zdeprawowanych bogaczy, aparatczyków PZPRowskich oraz byłych
SBeków ślepo zapatrzonych w Rosję. Którzy w dodatku kłócą się miedzy sobą jak szlachta w XVII wieku.

Pozdrawiam Ciepło…
CDN