brad

Twój nowy blog

Szukam w sobie rdzenia, kręgosłupa, czegoś co innym daje wiarę i oparcie w sobie. Ja tego nie mam. We mnie jest pustka. Nie mam się o co oprzeć, nie potrafię sobie zaufać. Słucham jednego, drugiego i robię coś pomiędzy – co nie jest moim wyborem, tylko czymś co mi w danej chwili pasuje.
Czasem się słyszy zwroty w stylu – „wsłuchałem się w siebie i otrzymałem odpowiedź”, albo : „moje serce mi mówi, że to i to więc tak robię”. Ja nie wiem czego dokładnie chcę, nie wiem kim jestem. Nie mam kręgosłupa moralnego, ani osobowościowego. Albo inaczej – może mam, ale go nie czuję. Brak mi wyrzutów sumienia. Jeśli zrobiłem kiedyś coś nagannego to opowiadam o tym, jak o ciekawostce albo anegdocie. I śmieję się z tego. Wstyd mi tylko jeśli kogoś szczerze uraziłem – i często myślę jak to mógłbym naprawić. Podziwiam natomiast osoby zasobne w cechy których mi brakuje. Podziwiam osoby stanowcze i zdecydowane, które wiedzą czego chcą i prą jak tarany przez życie… Też bym tak chciał, ale widzę że bardzo długa droga przede mną.

Kiedy miałem kilkanaście lat i chodziłem do liceum, to czułem się niechciany i przeszkadzający. Przeszkadzający rodzicom.

Czułem że w czymś jestem nie taki, że coś jest nie tak, a nie potrafiłem tego nazwać.

 

Obecnie mam myśli podobne wobec swojego Maleństwa. Przeszkadza mi to. Z niecierpliwością czekam aż zaśnie i nie będę musiał poświęcać jej 100% swojej uwagi. Wtedy znajduję trochę czasu dla siebie ijeśli nie muszę zrobić w tym czasie obiadu zdarza się że padam na twarz i zasypiam. W ciągu dnia.

 

****

 

Może bierze się to stąd, z czego się zawsze śmiała moja była, że w mojej rodzinie były problemy?

Że moi rodzice często byli bezradni i reagowali bezsilną złością, dopiero jak coś się waliło?

Czytam właśnie wywiad Wojtka Staszewskiego z pedagogiem i psychologiem. Wynika z niego że to „nie chce się” może mieć podłoże głębsze niż niskie ciśnienie krwi.

Nie pojawia się nagle w poniedziałek rano.

Tylko może stąd, że dziecko już kiedyś poniosło porażkę, więc teraz się wycofuje mówiąc, że mu sie nie chce. Nie potrafię zająć się tą prawdziwą przyczyną tego „nie chce mi się”.

Czytam, że dzieci takie „wypadły z czegoś”, nie dawały rady. Wypadły raz, drugi, więc teraz wolą się od razu wycofać. Drugą przyczyną może być nienauczenie odpowiedzialności i pracy, brak wzorców ze strony rodzicielskiej, ciągłe wyręczanie. Czytam, też żeby za dobrze wykonaną pracę nagradzać i stosować system kar oraz nagród. Byle nie mówić

„no widzisz jak chcesz to potrafisz” bo to ukryty wyrzut.

„Co ty bedziesz robił w życiu? Będziesz banany na Szembeku sprzedawał!” usłyszałem od taty w 1998 roku.

 

Niewiele wyżej zaszedłem. I pewnie zarabiam mniej od tego co teraz bananami handluje.

To co usłyszałem mnie demotywowało. Czułem się niczym i kimś gorszym, kimś kto nie daje nadziei na jakikolwiek rozwój. Odbierałem to że jestem inny, słabszy, gorszy. I taki właśnie kurwa się stałem. I coś w środku mówiło „taki właśnie będę!”

Chociaż wcale nie chcę taki być. Chciałbym zarabiać więcej i żyć wygodniej. Pojechać na wakacje, a nie żyć od pierwszego do pierwszego.

Dziecko przestaje się uczyć, bo ponosi klęskę za klęska, jest za nią karane i w wyniku tego zamyka się przed rodzicami. Nie zwraca się do nich po ratunek, bo się ich boi. Więź między rodzicami i dzieckiem zamiera. Mama mi mówiła:

„Zobacz jak ja haruję, ile płacę za twoje korepetycje, a ty pały przynosisz i wagarujesz! Wezmą Cię do wojska to tam zobaczysz!”

No i wzięli.

W szkole i tak nic mi do głowy nie wchodziło. Musiałem kuć na pamięć, bo nic nie rozumiałem. Z fizyki pisałem po 10 zadań na ściądze żeby mieć wzór do obliczeń na klasówce, żeby podstawiać cyfry.

Mechanizm rozwiązywania zadań był dla mnie chaotyczny i zależny od zbyt dużej ilości zmiennych. Nie potrafiłem zrozumieć że jak „coś” to „coś” i  wersji równania robiło się piętnaście w zależności czy był minus, pierwiastek czy ułamek czy „X”. Wszyscy to łapali i robili, a ja w liceum siedziałem na matmie, chemii i fizyce jak na wykładzie po arabsku.

 

Moje problemy szkolne były z pewnościa formą wołania o pomoc. Coś nie grało więc się buntowałem i jak były pały na półrocze to rodzice zwracali na to uwagę i interesowali się mną. Z wywiadówki przychodzili mówiąc,  że taki inteligentny a taki leniwy… Dobijało mnie to. Nie o to mi chodziło. Nie to chciałem usłyszeć.

„On jest taki leń, że ja juz nie mam do niego siły” słyszałem o sobie od mamy, która rozmawiała z kimś z rodziny przez telefon.

Czuję że teraz kiedy od 2 lat nie napisałem pracy licencjackiej wisi nade mną jakiś cień z tamtego okresu. Nie potrafię się z niego uwolnić i ruszyć do przodu. Zawalczyć z tą pracą i z tą cholerną sennością. I nie dzięki dopalaczom tylko dzięki sobie.

To moja trudność.

 

****

 

Zmieniając temat powracam do senności i ciągłego przemęczenia.

 

Źle mi z tym, że jestem taki senny. Przykro, że wszyscy których znam, to ludzie których rozpiera energia i którzy nie czują senności i zmęczenia. Pracują, działają i nie muszą się regenerować, wystarczy im sen. Szlag mnie trafia że mam inne DNA i przez to ta chrzaniona senność jest otumaniająca. Wszystkie możliwe badania zrobione – cukier, robaki, tasiemce, testosteron, tarczyca, krew – i wszystko w normie! A ja chudnę i padam ze zmęczenia jak się nie najem i nie wyśpię. Może nie mam zasobów, zapasów tłuszczowych jak inni, którzy mają nadciśnienie lub nadwagę i ich nosi – mogą wręcz góry przenosić bez długiego snu.

Myślę, że ich organizm ma z czego brać nadwyżki, a mój nie! To niesprawiedliwe!

 

Jak mogę przytyć? Jak bardzo chciałbym być grubszy, nawet nie umięśniony, tylko tłusty i

energiczny, taki sympatyczny jowialny grubasek. Więcej zaufania bym wzbudzał, i większe szanse miał na wyższy etat (to  pokazują badania – grubsi zachodzą wyżej od chudych). I czuł się stabilniej na tej ziemi.

Nie jestem zadowolony z mojego stanu zdrowia i samopoczucia.

 

Ze smutnym uśmiechem do lustra kończę.

Mamy w Polsce za dużo ludzi przekabaconych na stronę nieomylnego premiera Tuska oraz jego tuby – Gazety Wyborczej. Nikomu się nic nie chce zmieniać w polityce, wszystko tak jakoś spokojnie płynie, koalicja zapowiadała śmiałe reformy po wyborach sprzed 4 miesięcy i…. nic się nie dzieje. Bo po co zmieniać cokolwiek. Lepiej trwać w maraźmie i liczyć że te 35% ogłupionych ludzi znowu zagłosuje na Rudego, bo przecież tylko on obroni nas przed PiS! Tylko on da stabilizację! Nikt inny! Ani SLD ani Palikot. A ludzie znowu wybiorą nicnierobienie i brak reform, gdy świat chwieje się w posadach ekonomicznych. Przypomina mi to sytuację Polski w XVIII wieku kiedy czwartkowe obiady u króla i rozgrywki magnaterii (dążącej za wszelką cenę do zysku kosztem innych warstw społecznych) doprowadziły do anarchii i rozbiorów. Magnaci i elity przetrwały. Polska nie. Zawsze można wyemigrować jak się zacznie wszystko rozpadać. Niech bieduje biedota oszukiwana przez elity. I wierzy w Rudego dalej.

Wreszcie udało się Jarosławowi wygrać starcie z baronem TVNu Tomaszem Lisem. Oglądałem wczoraj starcie nieobiektywnego dziennikarza, który ze słuchawką w uchu próbował w każdym pytaniu dowalić Kaczyńskiemu co jest zgodne z zasadą obiektywizmu dziennikarskiego. To taka TVNowska oczywistość. PiS musi zostać przedstawiony w negatywnym świetle bo tak rozkazał Michnik i Urban. Straszenie ludzi Prezesem Kaczyńskim na szczęście nie wyszło. Z zadowoleniem przytaczam komentarze i fragmenty za WP: 


"Prezes PiS zapewnił, że jeśli zostanie premierem, jego relacje z Bronisławem Komorowskim będą "formalne", takie, jakie wymagają konstytucja i ustawy. Przypomniał słowa Komorowskiego o wizycie Lecha Kaczyńskiego w Gruzji: "jaka wizyta, taki zamach, no bo z 30 metrów nie trafić w samochód, to trzeba ślepego snajpera". Podkreślił, że te słowa w kontekście słabej ochrony prezydenta i jego śmierci nabierają dodatkowego znaczenia.

Na samym końcu programu dziennikarz zapytał Jarosława Kaczyńskiego, czy zna wszystkie kobiety z billboardu PiS. Polityk odparł, że większość zna i zaczął wyliczać. Wymieniając Ilonę Klejnowską prezes PiS powiedział, że startuje ona z Płocka z czym zgodzić się nie chciał Lis. Twierdził bowiem, że Ilona Klejnowska jest na bydgoskiej liście. Kaczyński chciał się "założyć" z dziennikarzem, ten jednak się nie zgodził. Lis oczywiście nie miał racji – Ilona Klejnocka startuje z Płocka. Tomasz Machała z Polsat Wydarzenia napisał, że Lis się dramatycznie pomylił.

Po tej rozmowie opinie są bezlitosne dla Tomasza Lisa. Na stronie Salon24.pl na "Niezależnym Forum Publicystów" można przeczytać już dowcipy na ten temat: 

"Dzisiaj gościem Jarosława Kaczyńskiego był Tomasz Lis. Zapraszamy za tydzień!". 
"Tomasz Lis dzisiaj nie udawał. Pokazał poziom, który być może zawstydziłby samego Jerzego Urbana. I przegrał na punkty". 
"Tusk do Lisa: Zwalniam Cię!" 
"Kaczka zjadła Lisa" 


"Lis pomylił się nie tylko w zadłużeniu Polski za czasów rządów PiS: nie był to 11% wzrost, a 7% w 2006 i 4% w 2007 r. Funkcjonariusz mediów nie dosłyszał frazy "Panie redaktorze", upominając Kaczyńskiego, że nie jest jeszcze "doktorem". Zarzucił politykowi podwyżkę podatków, po czym się poprawił i zmienił na "obniżkę". Czekał go solidny nokaut ze strony prezesa PiS, "by się wreszcie zdecydował" – czytamy w komentarzach. 

Wielu uważa, że red. Lis totalnie skompromitował się jako dziennikarz i publicysta. "Wystąpił w roli pseudo-Tuska: "Skoro nie chcesz, Jarosławie, debatować z Donaldem, to ja – Tomasz Lis – zniszczę Cię za niego" – napisał internauta. Inny dodał: Lis przegrał. Pseudo-Tusk przegrał. Tym razem Kaczka zjadła Lisa. "

Ciekawe jak będzie w debacie z Tuskiem – czy Lis będzie atakował Donalda"nic nie mogę" Tuska czy też będziemy świadkami lizania sobie nawzajem dupy i poklepywania po plecach, byle tylko pokazać gawiedzi, że wszstko gra i nic złego się nie dzieje.

Przypomina mi się historia z filmu "Nienawiść" o facecie który spadając z wieżowca w locie powtarza "ale na razie nie jest źle".
Gdy czytam opinie i prognozy na temat światowej ekonomii w działach gospodarczych gazet typu Dziennik, Rzeczpospolita Wyborcza i innych to wszyscy się zgadzają że obecna faza kryzysu to jedynie wstępne wstrząsy przed głównym uderzeniem recesji. Niektórzy dają rok inni kilka miesięcy względnej stabilności na rynkach. A potem ma nastąpić krach, jakiego świat jeszcze nie widział, bo wartość pieniądza została tak sztucznie napompowana przez banki oraz ich spekulacje że spowodować to może hiperinflację.

A ja głosuję na Palikota ;P



Właśnie znalazłem artykuł, który prostuje historię. Czytałem o tym kilka lat temu, ale nie mogłem odnaleźć źródła. Teraz wiem, że byliśmy bardzo blisko tego aby nie było Westerplatte, Katynia, Jałty i obu Powstań w Warszawie, a milony ludzi by żyły. Warszawa byłaby piękna i niezniszczona.

Ale my musieliśmy się postawić Hitlerowi. Machać szabelką w imię mylnej linii politycznej Piłsudskiego – "Polska musi trzymać równą odległość od Moskwy i Berlina". 
Taka polityka doprowadziła nasz kraj do zagłady milionów oraz upodlenia na 50 lat tych co przeżyli wojnę.
Szkoda, że tego nie uczą w szkołach. Jedyne co dzieciaki pamiętają to pakt Hitlera i Stalina i 4 rozbiór Polski. Dlaczego podręczniki nic nie mówią o tym, że mogliśmy postąpic jak Węgry, Słowacja czy Rumunia i wejść w sojusz z Hitlerem? Że wszyscy się wtedy bali potęgi ZSRR? Nawet Suworow pisał o tym, że żadne wojska nie mogły się równać militarnie z Rosją Stalina. 

A w sojuszu z Hitlerem być może pokonalibyśmy Rosję i ocalałoby te 70 milionów ludzi wymordowanych w łagrach czystkach i więzieniach przez oprawców z NKWD? 
Może przekonalibyśmy Hitlera że Żydzi z Polski to nasi Żydzi i nie będzie ich gazował? Bylibyśmy przecież z nim w sojuszu jak Włochy, Japonia i Rumunia.

Zapraszam do lektury. Wywraca nasze wyobrażenie o II wojnie do góry nogami. Autorem tekstu poniżej jest Wołoszański.



Może już czas, po wielu dziesięcioleciach, zacząć odkrywać prawdziwy charakter wielkiego wydarzenia, które zmieniło Polskę, Polaków, Europę. Wrzesień 1939 roku tak długo był przedmiotem propagandowej manipulacji, że dzisiaj znamy jego bardzo wypaczony obraz

Ta wojna zaczęła się daleko od Westerplatte i dużo wcześniej. W 1935 roku na wielkim poligonie pod Kijowem, gdzie Armia Czerwona zaprezentowała zachodnim obserwatorom swoje możliwości. Zagraniczni obserwatorzy wojskowi z podziwem patrzyli, jak tysiąc czołgów, które przebyły setki kilometrów, z marszu rozwijało bojowe formacje. Dla brytyjskiego generała Archibalda Wavella, który wiedział, że armia jego kraju dysponuje niewiele ponad trzystu czołgami, widok takiej masy pojazdów pancernych zgromadzonych na jednym poligonie był szokiem. A siła pancernej pięści zademonstrowana na wstępie ćwiczeń była tylko przygrywką do pokazów, które olśniły i przeraziły zagranicznych obserwatorów. 

Zadziwieni patrzyli na wielkie samoloty TB-3, z których wyskakiwały setki spadochroniarzy. W żadnym państwie świata nie myślano nawet o wojskach powietrznodesantowych, a pokazy pod Kijowem dowodziły, że w Związku Radzieckim są ich całe dywizje. Na łące lądowały duże samoloty transportowe, z których wyjeżdżały tankietki, samochody opancerzone i działa. Na oczach obserwatorów formował się oddział uderzeniowy, dysponujący artylerią i bronią pancerną. Był jak taran zdolny skruszyć obronę wroga, który nie mógł w tak krótkim czasie przygotować się do odparcia niespodziewanego ataku przeprowadzonego głęboko na tyłach frontu

Dla oficerów z Zachodu wniosek był jeden: Armia Czerwona wkrótce będzie gotowa ruszyć na Zachód, a żadne z państw demokratycznych nie znajdzie dość siły, aby ją zwyciężyć. Tym bardziej że uruchomienie masowych zbrojeń, nadzwyczaj trudne w zachodnich demokracjach, wymagało czasu i mogło tylko sprowokować Stalina do wcześniejszej agresji. 

A kto mógłby zatrzymać ten radziecki walec, gdy ruszy na Zachód? Oczy polityków zwróciły się na… Hitlera. Tylko Niemcy mogli stawić czoła radzieckiej potędze, zanim ta dotarłaby do Paryża. Oczywiście, pod warunkiem, że dostaliby szansę budowy wielkiej i silnej armii. I tak w roku 1935, gdy Armia Czerwona przestraszyła europejskich polityków i wojskowych, Zachód przymknął oczy na łamanie przez Niemcy ograniczeń zbrojeń, jakie narzucono temu państwu po pierwszej wojnie światowej. Wehrmacht, który w tym roku zajął miejsce nielicznej Reichswehry, uzyskał nieograniczone możliwości stania się największą siłą Europy. A Hitler doskonale wiedział, że może sobie pozwolić na wiele więcej. 

Prezenty dla Herr Hitlera 

Pochód na Zachód nie odbywałby się na wąskim odcinku frontu. Wielka Armia Czerwona z tysiącami czołgów rozlałaby się na setki kilometrów i przewaliła nie tylko przez Polskę, ale również przez Czechosłowację i Austrię. Wehrmacht, widziany już jako obrońca zachodniej cywilizacji, musiał mieć przestrzeń do działania. 

Ta świadomość zbiegała się z ogromną niechęcią, jaką rząd brytyjski darzył Czechów. Premier Neville Chamberlain nazywał ich "ludźmi z dolnej półki". Czesi nie pozostawali dłużni, czego dowodem była rozmowa telefoniczna, jaką z prezydentem Edwardem Beneszem przeprowadził Jan Masaryk, ambasador czeski w Londynie: – Ten złośliwy, stary.. (tu padło wyjątkowo obelżywe i niesmaczne określenie pod adresem Chamberlaina) stęsknił się za lizaniem dupy Adolfa – powiedział Masaryk. Już nawet wystawił język! – To wepchnij mu go z powrotem – poradził prezydent. – Postaraj się przywrócić mu zmysły. – Ta stara bestia postradała już zmysły, z wyjątkiem węchu, którym wyczuwa nazistowskie gówno i kręci się dookoła tego. 

Chamberlain dowiedział się, co o nim sądzą czescy politycy, gdyż ich rozmowa została nagrana przez wywiad niemiecki i przekazana brytyjskiemu premierowi. Nie należy jednak sądzić, że miało to jakikolwiek wpływ na dalsze decyzje rządu brytyjskiego. Postanowienia konferencji w Monachium, gdy bez udziału Czechów zadecydowano o przekazaniu Niemcom części ich ziem, miały dać Wehrmachtowi dobre pozycje obronne przed nadchodzącą od wschodu Armią Czerwoną. Wszystko dla zapewnienia bezpieczeństwa i uchronienia zachodniej cywilizacji przed bolszewickimi hordami. Pozostawał problem Polski. 


Pan minister tańczy 

Adolf Hitler, po obejrzeniu 10 października 1938 r. potężnych umocnień w pobliżu miasteczka Ceske Velenice, które tak hojnie przyznano Niemcom w Monachium, wygłosił przemówienie. Atakował Anglików ("Słabi, dekadenccy, prowadzeni przez zdegenerowaną arystokrację") i Francuzów ("Łacińskie kundle i wazeliniarze"). Nagle wspomniał o Polakach: – Podziwiam Polaków. Nie dają się zastraszyć. Mogę być przyjacielem Polaków i powiadomię mojego dobrego przyjaciela Lipskiego (mówił o polskim ambasadorze w Berlinie), że może na mnie liczyć! 

Kłamał? Nie. Wskazywał, w jaką stronę zamierza prowadzić swą politykę, w której Polska odgrywała bardzo istotną rolę. Uważał, że może dogadać się z naszym rządem. Dwa tygodnie później, 24 października 1938 roku, do Berchtesgaden przyjechał ambasador Józef Lipski. W pobliżu tego alpejskiego miasteczka miał swą oficjalną rezydencję Adolf Hitler, a to wskazywało, że wizyta polskiego ambasadora ma znaczenie szczególne. 

Wieczorem Lipski spotkał się w restauracji hotelu Grand z Joachimem von Ribbentropem, ministrem spraw zagranicznych Niemiec. – Nadszedł czas osiągnięcia porozumienia we wszystkich możliwych sprawach, które powodują rozdźwięki między Niemcami i Polską – zaczął rozmowę Ribbentrop. Potem przedstawił propozycję: Polska odda Gdańsk oraz wyrazi zgodę na wybudowanie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej, które połączyłyby Rzeszę z Prusami Wschodnimi. To nie było żądanie, lecz propozycja ugody. Oferował, że w zamian Niemcy udostępnią Polsce podobną trasę drogową i kolejową biegnące przez Gdańsk, wolny port w tym mieście i rynek zbytu na polskie produkty. 

Gdyby zatrzymać się na tym etapie propozycji Ribbentropa, można byłoby odnieść wrażenie, że była to szczera oferta. Jednakże Ribbentrop posunął się dalej, wskazując, że Polska powinna dołączyć do paktu antykominternowskiego, czyli proponował Polsce sojusz z Niemcami, Włochami i Japonią przeciwko Związkowi Radzieckiemu! A to stawiało nasz kraj w równym rzędzie z mocarstwami ówczesnego świata. 

Czy Polska mogła zawrzeć sojusz z Niemcami? Dzisiaj odpowiemy: "nie", gdyż stalibyśmy się współwinni późniejszych masowych zbrodni nazizmu. Ale czy Włochom, Węgrom, Finom, Rumunom, Bułgarom i innym sojusznikom Niemiec ktokolwiek zarzuca udział w ludobójstwie? Na szczęście nasz minister spraw zagranicznych Józef Beck nie musiał rzucać się w ramiona Joachima von Ribbentropa. Wystarczałoby, żeby wykorzystał ugodowe nastawienie Hitlera i szachował naszych wrogów (Związek Radziecki) i sojuszników (Francję i Wielką Brytanię) możliwością zawarcia paktu z Niemcami. W ten sposób mógłby wymusić na nich postępowanie korzystne dla Polski. Tym bardziej że dwa dni później Theo Kordt, pierwszy sekretarz ambasady niemieckiej w Londynie, a prywatnie członek opozycji antyhitlerowskiej, spotkał się z sir Robertem Vansittartem, głównym doradcą dyplomatycznym rządu brytyjskiego, i poinformował go o przebiegu rozmowy w Berchtesgaden. 

Anglicy przestraszyli się nie na żarty. I zaczęli Polakom obiecywać gruszki na wierzbie, byleby trzymali się z daleka od Hitlera. Problem w tym, że minister Beck w te obietnice uwierzył. Zamiast rozgrywać niemiecką kartę, zamiast robić wszystko, aby storpedować możliwość zbliżenia Niemiec ze Związkiem Radzieckim, zaufał angielskim gwarancjom. Uwierzył, że Anglicy, choć mieli słabą i nieliczną armię i jeszcze słabsze lotnictwo, wyślą je do walki o Gdańsk, choć nie istniały żadne możliwości przerzucenia nawet tych słabych wojsk. 

Minister wierzył, że Francuzi, którzy wydawali miliardy na budowę bunkrów Linii Maginota, nie będą tam kryć swoich żołnierzy, ale wyślą ich, aby ginęli w walkach na granicy Niemiec. W ostatniej chwili, gdy w marcu 1939 roku premier Chamberlain, niespodziewanie, bez konsultacji z parlamentem, udzielił Polsce gwarancji nienaruszalności granic, nie dostrzegł w tym podstępu, chęci usztywnienia polskiej polityki wobec Niemiec i storpedowania jakichkolwiek prób dogadania się z Niemcami. Działał tak jak tego sobie życzył premier Chamberlain. Minister potrząsał pięścią, krzyczał, że nie oddamy ani guzika. 

– Zrozumiałem, że jeżeli uderzę na Zachód, Polacy, wypełniając swe zobowiązania sojusznicze, zaatakują nas – mówił Hitler do swych oficerów na tajnej konferencji w Berchtesgaden 22 sierpnia 1939 roku. – Dlatego zdecydowałem się rozpocząć wojnę z Polską. Polskie wojska wypełniły sojusznicze zobowiązania co do joty. Do początków października 1939 roku toczyły bohaterską, krwawą walkę w obronie ojczyzny. To politycy nie uchronili naszego kraju przed wyniszczeniem, tak wielkim, że jego skutki odczuwamy do dzisiaj. Zwłaszcza w polityce. 

Bogusław Wołoszański

Przyszli pomierzyli  i narysują projekt kuchni. Za darmo. Fajnie.
S. kupi emporio armaniego i będę zajebiście pachniał.
Zalegam z PITEM oraz pracą licencjacką.
Spodobało mi się nosidełko tylko Mała jakoś nisko jest umiejscowiona z ustami na wysokości mojej pachy. Jeszcze muszę za nie zapłacić.
Wreszcie doczekałem partnerki która kupiła mi zajebistą koszulkę z logo Gunsów (sama z siebie) oraz nie ma nic przeciwko kupnie skutera.
Idzie wiosna i postrzelam z wiatróweczki!
Dwóch starych kumpli poszło na terapię AA i traktują to poważnie. I to bez mojej pomocy :)
Ciekawie jest spotkać kogoś w ośrodku i zacząć z nim gadać normalnie.
Z kimś kto uchodził w moich oczach za ostatnią osobę która mogłaby kiedykolwiek przestać pić. Która w swoim cyniżmie biła wszystkich na głowę. Brawo Andrzej!  Dnem była nerwica córki i wyprowadzka żony.
Chcę przeczytać "Buszującego w zbożu".
Jestem w zarządzie wspólnoty jako jedna z sześciu osób i będę działał społecznie.
Może ogrodzimy osiedle i pozbędziemy się pijanych dresów spod śmietnika drących mordę do 2 w nocy.
Polecam nową płytę REM, a zwłaszcza kawałek UBERLIN.
Na razie tyle.

Kto za młodu nie był buntownikiem, ten na starość będzie skurwysynem"

 

Uzależnienie od władzy i dopalacze.
Panie prezydencie,
panie premierze – wiem, że jesteście teraz zajęci heroiczną walką z
handlarzami śmiercią, ale jako zwykły obywatel czuję się w obowiązku
zauważyć, że ze wszystkich uzależnień najgroźniejsze jest uzależnienie
od władzy. Wasze już teraz wydaje się w najwyższym stopniu niepokojące
- pisze Piotr Czerski w felietonie dla Wirtualnej Polski komentując
działania rządu wobec problemu dopalaczy. Według autora problem ten
rozpoznano już dwa lata temu, a teraz nagle został wyciągnięty niczym
królik z kapelusza i zamieniony w krwiożercze monstrum, tymczasem
alkohol i wyroby tytoniowe przyczyniają się do o wiele większych
nieszczęść.

Krasomówczy talent prezydenta Komorowskiego znany
jest wprawdzie powszechnie i od dawna, ale – przyznaję z pewnym
zawstydzeniem – umykał mi dotąd fakt dysponowania przez głowę państwa
umiejętnością poetyckiej kondensacji. Doznałem więc prawdziwego
olśnienia słysząc odpowiedź prezydenta na pytanie o działania rządu w
sprawie dopalaczy. – Byłoby źle – powiedział mianowicie Bronisław Komorowski – gdyby nadal triumfowali handlarze śmiercią i nieszczęściem.

"Triumf handlarzy śmiercią i nieszczęściem"! Fantastyczne. Doprawdy:
nie pamiętam, czy słyszałem równie mocną frazę od czasu wydania przez
zespół Coma albumu zatytułowanego "Zaprzepaszczone siły wielkiej armii
świętych znaków". Raz jeszcze – bo naprawdę warto: "byłoby źle, gdyby
nadal triumfowali handlarze śmiercią i nieszczęściem". Piękne, naprawdę
piękne to słowa, a przy tym aż do brawury odważne – zwłaszcza w ustach
najwyższego reprezentanta organizacji zarabiającej rocznie ponad
piętnaście miliardów złotych na akcyzie od wyrobów tytoniowych (choroby
tytoniozależne każdego roku pochłaniają w naszym kraju kilkadziesiąt
tysięcy ofiar) i ponad dziesięć miliardów na akcyzie od alkoholu
(rozlewającego się po Polsce w całe bezmierne morze ludzkiego
nieszczęścia).

Tak:
nie byłoby dobrze, gdyby handlarze śmiercią i nieszczęściem
zatriumfowali – i nic dziwnego, że w obliczu tak przerażającej
perspektywy premier Donald Tusk z sejmowej trybuny zapowiada
prowadzącemu legalny interes biznesmenowi, że "będzie siedział, na
100%" swoich urzędników poucza, że "w tej kwestii nie można się
troszczyć o bezwzględne przestrzeganie prawa, a trzeba zrobić wszystko,
żeby wyeliminować to zagrożenie, działając czasami na granicy prawa", a
potem jednym zamaszystym gestem wysyła na front pięciotysięczną armię
policjantów i inspektorów sanitarnych. Panie premierze – a komandosi?
Desant z powietrza naprawdę świetnie wygląda w TV!

Byłoby źle, bardzo źle,
gdybyśmy dopuścili do triumfu handlarzy śmiercią – i całe szczęście, że
wszyscy mają tego świadomość. Senator Władysław Sidorowicz,
przewodniczący senackiej komisji zdrowia, która w środę analizowała
rządową nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii, tłumaczył bez
ogródek: "opinia naszych prawników jest negatywna, ale sprawa jest
ważna społecznie, a premier oczekuje, że ustawę uchwalimy bez
poprawek". Oto właściwa postawa! Obawiałem się przez moment, że senacka
komisja może poczuć się nieco skrępowana świadomością roli izby wyższej
parlamentu – na szczęście w sytuacji bezpośredniego zagrożenia narodu
senatorzy dowiedli swojego oddania sprawie i premierowi, odrzucając
jednogłośnie wszystkie uwagi prawników Biura Legislacyjnego Senatu.
Niektóre zanim jeszcze zostały wygłoszone. Vivat senatores!

Byłoby naprawdę fatalnie, gdyby… Wystarczy. Mógłbym silić
się na podśmiechujki, ale byłby to śmiech sztuczny i wysilony. Nie
pamiętam bowiem, kiedy po raz ostatni czułem się jednocześnie tak
głęboko zażenowany działaniami najwyższych władz naszego państwa i tak
realnie zaniepokojony formą, w jakiej są one realizowane. Nikt nie dba
już nawet o pozory: istniejący od dwóch lat, doskonale rozpoznany
problem wyciągany jest nagle jak królik z kapelusza – i ogłaszany nie
królikiem, ale krwiożerczym monstrum; formalnie niezależnym urzędnikom
państwowym premier wydaje polecenia jak chłopcom na posyłki,
jednocześnie wygrażając z trybuny sejmowej jakiemuś
dwudziestoparolatkowi, a wyprodukowana na kolanie prawna bzdura (która
w przyszłości niemal na pewno będzie nasz kosztować miliony wydane na
odszkodowania) przyjmowana jest prawie jednogłośnie przez sejm i
przepychana przez senat w sposób jawnie ośmieszający tę instytucję.

Sierpniowa telewizyjna transmisja z rugania przez premiera szefów
funduszy emerytalnych mogła być sygnałem zbyt subtelnym, ale styl
obecnej rozgrywki z producentami dopalaczy nie pozostawia wątpliwości
skąd PR-owcy rządu czerpią inspiracje. W następnym odcinku zobaczymy
zapewne gabinet z obfitymi złoceniami, w którym jakiś minister będzie
zdawał premierowi żołnierskie w formie sprawozdanie z wykonania
zadania. A w kolejnym – telekonferencję na żywo z narodem, którego
starannie wybrani reprezentanci wyrecytują równie starannie
przygotowane pytania. I na każde znajdzie się jakaś krzepiąca
odpowiedź. I poczujemy, że żyje się lepiej.

Panie prezydencie, panie premierze – wiem, że jesteście teraz
zajęci heroiczną walką z handlarzami śmiercią, ale jako zwykły obywatel
czuję się w obowiązku zauważyć, że ze wszystkich uzależnień
najgroźniejsze jest uzależnienie od władzy. Wasze już teraz wydaje się
w najwyższym stopniu niepokojące.

Piotr Czerski specjalnie dla Wirtualnej Polski

Moja cudowna córeczka 10 października powiedziała tata! A trzy dni później powiedziała, a raczej krzyknęła mama! Mówi jeszcze baba taba i dada – ale się cieszę z tego! Szkoda tylko że słyszałem to przez telefon, bo żonka z Małą pojechała do innego miasta załatwiać papiery urzędowe a ja wróciłem po prawie pół roku do pracy….

Przestańcie się podniecać wyimaginowanym

konfliktem Tuska z Palikotem. Wszystko jest grubymi nićmi szyte…

PO zapewne wygra kolejne wybory (bo Polacy dalej udawać będą, że jest fajnie), lecz nie będzie mieć większości. PSL się nie liczy – z SLD zawierać koalicję to jednak wstyd, więc Palikot za wiedzą swojego guru Tuska organizuje „nową” partię, która nie dość, że utworzy nową koalicję z PO, to jeszcze przejmie jakąś część SLD. Oczywiście Palikot jako „niezależny” zostanie wicepremierem, lud będzie szczęśliwy, co jakiś czas nowe igrzyska jako temat zastępczy – a po paru latach jak zacznie braknąć żarcia w garze to znowu będzie winny PIS i Kaczyński.

- by allen.

 

No ciekawy komentarz – jestem pewien że tak właśnie będzie. Bo PO straci dużo wyborców jeśli wejdzie w koalicję z SLD. Prędzej widzę koalicję PISu i SLD. Oba ugrupowania mają podobny pogląd na gospodarkę i socjal, różnią się jedynie interpretacją historii i stosunkiem do komuny.

A poza tym teraz przychodzi czas na zapoznanie się z twórczością Kaliber 44 i Paktofoniki.

I na pisanie pracy licencjackiej…